Recenzja: Bumblebee (2018, reż. Travis Knight)

Nie mogę wyjść z podziwu, że Hollywood dopiero teraz zdecydowało się nakręcić film o Transformersach. No bo chyba jeszcze ich nie nakręcili? Nie liczę tych pięciu technicznych dem od Michaela Baya. Michaś Zatoka pokazał, że umie renderować różnorodne wybuchy. Wybuch, żenujący żart skatologiczny, wybuch, seksualna insynuacja, wybuch, kolejny wybuch, rozwałka miasta. Moja relacja z filmami Baya jest jak syndrom sztokholmski. Trzeci film był moim pierwszym doświadczeniem kinowym, na którym chciałem opuścić salę przed końcem seansu, a potem były dwie kolejne części, jeszcze gorsze. Na szczęście przy odrobinie dobrej wiary, można traktować Bumblebee jako reboot serii.

Autoboty muszą zrobić przegrupowanie po przegranej wojnie na Cybertronie. Optimus Prime wysyła Bumblebee (jeszcze tak nienazwanego) na Ziemię, żeby tam założył nową bazę i bronił tę planetę przed Decepticonami. Trafia w 1987 roku na ziemię (co już zaprzecza poprzedniemu filmowi i powoduje, że można ten traktować jako reboot) i od razu zostaje zaatakowany przez śledzącego go Decepticona. Bumblebee musi się ukrywać i zmienia się w starego Volkswagena Garbusa. Trafia pod opiekę Charlie (Hailee Steinfeld), która właśnie skończyła 18 lat i marzyła o własnym aucie. Jednak na tropie żółtego autobota, jest łaknący zemsty, Agent Burns (John Cena).

bumble1-1000x525.jpg

Kto by pomyślał, że zmiana reżysera może uratować tę markę. Zatrudnienie Travisa Knighta od razu napawało optymizmem. Reżyser uznanego Kubo i dwie struny (2016) nie musiałby angażować się w jakikolwiek projekt gdyby nie chciał, bo jest obrzydliwie bogaty (Knight jest synem założyciela Nike i członkiem rady nadzorczej tej firmy). Martwić mogło tylko to, że to jego debiut w fabularnym kinie, ale jako za wzór wziął sobie jednego z producentów serii Transformers. Nie, nie Michaela Baya, a Stevena Spielberga. Pomyślcie o Bumblebee jako o duchowym następcy E.T. (1982), ale z robotami. Mamy przybysza z innej planety i polującego na niego wojsko, a także klimat lat 80. O dziwo wyjątkowo nienachalny. To nie Stranger Things, które w każdym momencie stara się krzyczeć, że hołduje latom 80.

Fani Bayhemów mogą być zawiedzeni. Mało tu wybuchów, nie wali się żadne miasto. Ba, niewiele tu scen akcji, a jak są, to są czytelne. Co za ulga wreszcie widzieć co się dzieje w filmie o Transformersach. Na dodatek film zaczyna się od sceny akcji w czasie wojny na Cybertronie, która kasuje wszystko, co pojawiło w filmach Baya.

bumblebee-giveaway.jpg

Co więcej, miło widzieć film o Transformersach (a także ogólnie blockbuster) z tak dobrze nakreślonymi postaciami ludzkimi. Z Charlie łatwo się identyfikować i na dodatek przechodzi pewną przemianę podczas filmu, a jej relacja z Bumblebee jest naprawdę urocza i wzruszająca. Steinfeld zagrała jedną z najlepszych i chwilami subtelnych, kreacji w historii blockbusterów.

Reszta galerii ludzkich postaci też nie ma się czego wstydzić. Rodzina Charlie nie zachowuje się tak głupawo, jak rodzina Sama Witwicky z oryginalnych filmów. Wątek romantyczny Charlie z Memo (Jorge Lendeborg Jr.) jest pełen niewinności, a postać Johna Ceny jest zaskakująco honorowym (nie do końca) czarnym charakterem.

BumblebeeT2-046.jpg

Scenariusz jest prosty, ale daleko mu do bycia prostackim. Zupełnie odwrotnie niż w ostatnim filmie, który atakował bezbronnego widza pokomplikowaną mitologią.

Muszę wspomnieć, że soundtrack na długo zagości na mojej playliście (chociaż wiele piosenek już tam było). Fani oryginalnej serii animowanej ucieszą się, słysząc „The Touch” Stana Busha, a fani klasyków z lat 80. „Don’t You Forget About Me” Simple Minds, jednoznacznie kojarzone z  Klubem winowajców (1985, reż. John Hughes).

Najprościej rzecz ujmując, Bumblebee to Obywatel Kane filmów o Transformersach. Wspaniały pewien magii film, w duchu amblinowskich klasyków, który przełamuję klątwę filmowych prequeli. Może dlatego, że poprzednie filmy były okropne (uważam, że Ostatni Rycerz, to najgorszy blockbuster w historii. Żałuję tylko, że w scenie po napisach nie pojawili się Faceci w Czerni i nie wymazali mojej pamięci o poprzednich filmach z tej serii. Może następnym razem.

8 na 10

bb.jpg

Gatunek: Sci-fi, Przygodowy
Reżyseria: Travis Knight
Scenariusz: Christina Hodson
Obsada: Hailee Steinfeld, John Cena, Jorge Lendeborg Jr.
Czas trwania: 113 minut
Polska data premiery: 04.01.2019

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Create a website or blog at WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

Create your website at WordPress.com
Rozpocznij
%d blogerów lubi to: