Recenzja: Monument (2018, reż. Jagoda Szelc)

Debiut Jagody Szelc, Wieża. Jasny dzień spotkał się z niezwykle entuzjastycznym odbiorem rodzimej krytyki filmowej. Nie wiem, czy o większe przewracanie oczami przysporzyło mnie samo oglądanie wyżej wymienionego dzieła, czy czytanie o nim opinii profesjonalnych recenzentów, którzy rozpływali się nad warsztatem Szelc i artystycznością filmu. Oczywiście wielu nadało mu łatkę awangardy. Szufladki wytrychu, którym można usprawiedliwić praktycznie każdą, nawet największą niechlujność realizacyjną i scenariuszową.

Nowy film Szelc w odróżnieniu od debiutu ma jakiś scenariusz. Grupa studentów hotelarstwa wybiera się na praktyki. Liczą na mocno zakrapianą wycieczkę, ale ich marzenia rozbijają się już po pierwszym spotkaniu z despotyczną Menagerką (Dorota Łukasiewicz-Kwietniewska). Co najgorsze jeden z ich kolegów znika w niewyjaśnionych okolicznościach, a w hotelu zaczynają się dziać dziwne rzeczy.

monum-1140x0-c-default.jpg

Niestety, najprościej ujmując, Monument, to standardowy obraz, jaki ma ochotę nakręcić świeży absolwent filmówki, który po studiach nie ma zbyt wiele do powiedzenia, a chce zabłysnąć inspiracjami czerpanymi od uznanych twórców i znanych filmów. Ba, po seansie ma się wrażenie, że zaraz wejdzie wykładowca i będzie wystawiał oceny końcowe, bo film poza odrobinkę wyższym budżetem i dłuższym czasem trwania, niewiele się różni od typowych etiud zaliczeniowych. Właściwie to z powodzeniem mogłaby być krótkometrażówka. Wycięcie ponad połowy filmu, niewiele by w nim zmieniło, a może byłbym mniej zirytowany jego oglądaniem.

Co najgorsze, Szelc przy okazji zrobiła swojemu filmowi ogromną krzywdę i jakby to niektórzy nazwali, dokonała aktu samozaorania. Bo niby czym innym jest poprzedzenie filmu krótką prelekcyjką twórcy, w której ten stwierdza, że jako widzowie jesteśmy wolnymi ludźmi i możemy dowolnie interpretować film, który zobaczymy, a potem zakończenie tego filmu łopatologicznym wytłumaczeniem wszystkich wydarzeń. Zakończenie jest z gatunku tych, które są w ścisłej czołówce, jeśli chodzi o leniwe tłumaczenie dziwnych wydarzeń w filmie. Wydaje mi się, że widziałem je już dziesiątki razy.

thumbnail.49398.4 (1)

Nie mogę odmówić reżyserce, że jakiś styl ona reprezentuje i nie jest to typowy produkt wypuszczany do kin przez polskich twórców. Może stąd się bierze pewne uznanie dla jej pierwszych dwóch filmów w kręgach krytyków. Za to za granicą takich filmów powstaje na pęczki i dla mnie nie ma znaczenia, gdzie dany film powstał, nie ma taryfy filmowej dla rodzimych dzieł. Tak samo nie ma żadnej ulgi dla filmu artystycznego, tylko dlatego, że jest nakręcony ze „szczerych pobudek” i twórca jest „wierny swojemu stylowi”, niezależnie jak tragiczny by on nie był. Film Szelc to po prostu odpustowe kino artystyczne. Możliwe, że kiedyś będzie trzeba stworzyć jakiś osobny nurt kinematograficzny (aktualnie wrzuca się to do ogólnej szufladki awangardy), gdy inni twórcy się zainspirują jej tworami. Na tę chwilę umiejscowiłbym jej twórczość pomiędzy Dogmapolo 00 (00 wziąłem od pokolenia milenialsów, do których reżyserka się zalicza), a Mumblepolo. Formalnie Szelc czerpie z Dogmy, chociaż już zdecydowanie mniej niż przy swoim debiucie (kamera mniej się trzęsie, ale dalej ma dziwny fetysz do jumpcutów), a dialogi o niczym i naturalistyczna gra aktorska przywodzą na myśl inspiracje Mumblecorem, oczywiście to wszystko jest uzupełnione garścią rodzimej tandety. Na całe szczęście film widziałem w kinie z angielskimi napisami, bo dialogi są słabo słyszalne nawet jak na standardy polskiego kina.

Jest jednak łyżka miodku w tej beczce dziegciu. Pomysł na brak jednego klarownego głównego bohatera i uczynienia nim większej grupy, zbiorowości, jest przeze mnie zawsze mile widziany, a młodzi aktorzy (lub jak to twórczyni nazywa ich w napisach końcowych „artyści”) naprawdę się starają, żeby sprzedać ten martwy (a właściwie taki, który już dawno uległ rozpadowi) na wejściu materiał. Jest to dla nich praca dyplomowa na zakończenie łódzkiej filmów i wyszli na tym zdecydowanie lepiej niż reżyserka, która przecież już nie jest debiutantką.

Jagoda Szelc tylko potwierdziła swoim drugim filmem, że jest na dobrej drodze, żeby stać się odpowiednikiem Patryka Vegi w polskim arthousie. Trudno zaprzeczyć, że reżyserka ma pewne umiejętności, umie ustawić kamerę, może nawet prowadzić aktorów, ale jej kino jest puste niczym rozprawka rozegzaltowanego licealisty, który n-ty raz podnieca się już jakimś powszechnie uznanym utworem. Po prostu nic nie wnosi.

3 na 10

36869376_838377249692048_893939537913315328_n.jpg

Gatunek: Horror(?)
Reżyseria: Jagoda Szelc
Scenariusz: Jagoda Szelc
Obsada: Zuzanna Lit, Anna Bernacik, Paulina Lasota, Karolina Bruchnicka,
Anna Bolewska, Weronika Asińska, Anna Bieżyńska, Paulina Walendziak,
Magdalena Walendziak, Marta Wiśniewska, Oskar Borkowski, Mateusz Czwartosz,
Jakub Gola, Adam Gradowski, Dawid Ptak, Patryk Kabała, Adrian Brząkała, 
Jakub Matwiejczyk, Mateusz Więcławek, Jakub Zając, Dorota Łukasiewicz-
Kwietniewska
Czas trwania: 108 minut
Polska data premiery: 15.03.2019
Reklamy

2 myśli na temat “Recenzja: Monument (2018, reż. Jagoda Szelc)

Dodaj własny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Create a website or blog at WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

Create your website at WordPress.com
Rozpocznij
%d blogerów lubi to: