Recenzja: Vox Lux (2018, reż. Brady Corbet)

Według reżysera filmu, „Vox Lux” znaczy w języku łacińskim „Głos Światła”. Tak naprawdę znaczy to „Głos światło”, a właściwą wersją byłoby „Vox Lucis”, jednak nie brzmi to zapewne tak szpanersko, jak ostateczny tytuł filmu. Ta stylizacja tytułu w pewnym sensie obrazuje cały wygląd filmu. Po prostu przerost formy (i rozbuchanych ambicji) nad treścią.

Celeste (Raffey Cassidy) po przeżyciu strzelaniny w swojej szkole, komponuje z siostrą Eleanor (Stacy Martin) piosenkę, która ujmuje serca całych Stanów Zjednoczonych. Nagle ze zwyczajnej nastolatki, nieposiadającej specjalnego talentu, staje się gwiazdą. Dostaje propozycję nagrania płyty i cały świat (a przynajmniej Ameryka), jest u jej stóp. Po latach już dorosła Celeste (Natalie Portman), jest pełnoprawną celebrytką, ale demony przeszłości powracają.

vox-lux-review.jpg

Pełna tytuł filmu brzmi „Vox Lux: A Twenty-First Century Portrait” (widnieje na oryginalnym plakacie i w napisach końcowych filmu). Tak, reżyser chciał stworzyć film portretujący XXI w. z perspektywy celebrytów, z domieszką zamachów terrorystycznych. Chciał, bo jednak stworzył satyrę na celebrycki świat, odznaczającą się subtelnością na poziomie nastoletniego użytkownika Reddita czy tam innego 4chana. Problemem jest to, że reżyser odznacza się jeszcze większą megalomanią niż bohaterka, którą stara się krytykować.

Celeste jest poniekąd amalgamatem wielu gwiazd popu, ale najbardziej rzucają się w oczy jej podobieństwa w stosunku do Lady Gagi. Estradowy image Celeste jest przerysowany, korzysta ona w oprawach koncertów z symboliki religijnej, jest zasugerowane, że w dzieciństwie była gorliwie wierząca, a jej fanbaza ma uroczą nazwę Little Angels (fanbaza Lady Gagi nazywa się Little Monsters). Szkoda, że sceniczna persona Celeste jest co najwyżej rozwodnioną wersją największych gwiazd popu, a jej piosenki sprawiają wrażenie b-sideów z krążków początkujących popgwiazdek.

GQ-Vox-Oct2518.jpg

A w końcu za teksty piosenek odpowiadała Sia, która zdecydowanie umie skomponować chwytliwe, zapadające w pamięć numery. Australijska piosenkarka (i autorka piosenek), była również współproducentem filmu i wydaje się, że miała spory wpływ na finalny wygląd filmu. Jeśli rzeczywiście miała wpływ na historię, to wygląda, że jest ona bardziej efektem bólu pewnej części ciała (wiecie, tej gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę), niż chęci faktycznego rozliczenia się z niektórymi grzechami branży.

Zresztą nie widać po filmie, żeby twórcy w pełni odrobili pracę domową, nie zrobili odpowiedniego researchu branży. Teledysk Celeste nie wygląda na nakręcony w tych czasach, które sugeruje film, a jej finałowy koncert jest po prostu ubogi i wygląda, jakby to był występ jakiejś początkującej gwiazdki pop, a nie starej wyjadaczki. Mimo, że przez cały film jesteśmy karmieni zapowiedziami, jakie to wielkie wydarzenie i pracowali przy nim najwięksi eksperci w branży. Nie. Ponadto gwiazda pop, która więcej zarobiła na dubbingu do gry niż na swojej muzyce? Serio? Jest to powiedziane dosłownie w jednym z dialogów. Sorry Celeste, ale chyba księgowy cię rżnął na hajsie.

8d3965baf1e28c3830f4eef900befad3.jpg

Ponadto reżyser operuje niezwykle łopatologicznymi symbolami. Historia Celeste pokrywa się z najnowszą historią USA. Gwiazda zaczyna swoją karierę, będąc osobą, która ocalała ze szkolnej strzelaniny wzorowanej na Columbine (1999 rok), traci dziewictwo w dzień, w którym runęły wieże World Trade Center (czemu towarzyszy diaboliczny komentarz narratora z głosem Willema Dafoe, że „Tego dnia nie tylko Celeste straciła niewinność, ale również całe Stany Zjednoczone”), a kolejnemu etapowi jej kariery towarzyszy pewien zamach terrorystyczny, którego uzasadnienia jednak już nie zdradzę, bo byłby to oczywisty spoiler. Znajdzie się oczywiście miejsce na pewne zabawne symbole religijne. Można to wszystko uzasadniać konwencją groteski, ale wydaje się ona efektem ubocznym nieudolności reżysera. Całą tą rozbuchaną treść, traktuje z niesamowitą, wręcz nabożną powagą.

A sama Celeste? Reżyser myli personę sceniczną z tą prywatną. Ba, Celeste wydaje się jeszcze bardziej irytująca i przerysowana w kontaktach ze swoimi bliskimi, a Natalie Portman tak nieznośnie szarżuje, nie kontrolując swojej mowy ciała, że można zatęsknić za jej wątpliwej jakości aktorstwem z prequeli Gwiezdnych Wojen. Portman bardzo chce, żeby film był duchowym następcą Czarnego Łabędzia, ale jej morderczy wyścig po drugą Oscarową statuetkę, powinien się skończyć finiszem na niesławnej gali, która odbywa się dzień wcześniej przed nagrodami akademii filmowej.

Screen-Shot-2018-10-25-at-12.02.55-PM

Ta rozgrywająca się na przestrzeni 18 lat historia, chyba zdecydowanie lepiej by się sprawdziła w formie serialu telewizyjnego, ale wtedy twórca byłby zmuszony napisać głębsze psychologicznie postacie, co najwyraźniej nie było w sferze jego zainteresowań i wolał oprzeć, postać Celeste na masie stereotypów dotyczących celebrytów. Na pewno niektórzy powiedzą, że muzyczni celebryci, są puści i rozkrzyczani. Fakt, ich medialny image często taki jet, jednak film pokazuje głównie pozasceniczne rozterki fikcyjnej piosenkarki. Po prostu ani przez moment nie ma się wrażenia, że obcuje się z prawdziwym człowiekiem.

Oczywiście nie wszystko jest obraźliwie tragiczne, prawie wszystko. Początkowa scena strzelaniny w szkole jest naprawdę pomysłowo nakręcona (znakomite użycie przestrzeni pozakadrowej) i trzyma w napięciu, a sekwencja w czasie napisów początkowych jest niezwykle klimatyczna, głównie dzięki wręcz horrorowej muzyce. Poza tym wiadomo, że Willem Dafoe ma jeden z najlepszych głosów w Hollywood i sprawdza się doskonale jako narrator. Szkoda tylko, że jego teksty głównie służą za leniwą ekspozycję, a film na koniec bezczelnie obrywa jego rolę z aury tajemniczości.

Nawiązując do terminologii muzycznej, film jest jak kiepski album koncepcyjny, ale jednak takie zawsze znajdą swoich wyznawców, to też mimo, że jestem jednoznacznie na „nie”, to polecam jego obejrzenie, żeby sobie wyrobić zdanie, a nuż komuś się spodoba. Jednak pomysły reżysera tego filmu skończyły się na „Kill’em All”. Szkoda, że cały film się wtedy nie skończył.

2 na 10

7875620.3.jpg

Gatunek: Dramat, Muzyczny
Reżyseria: Brady Corbet
Scenariusz: Brady Corbet
Obsada: Natalie Portman, Raffey Cassidy, Stacy Martin, Jude Law
Czas trwania: 110 minut
Polska data premiery: 26.04.2019

 

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Create a website or blog at WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

Create your website at WordPress.com
Rozpocznij
%d blogerów lubi to: