Recenzja: Król Lew (The Lion King, 2019, reż. Jon Favreau)

Film widziałem w oryginalnej, angielskiej, wersji językowej.

Zacznę bez owijania w bawełnę: nowy Król Lew mnie po prostu zdenerwował. Zdenerwował mnie, bo mimo wszystkich oznak, wierzyłem w głębi serca, że to może się udać, wierzyłem, że poczuję się znowu jak czterolatek oglądający po raz pierwszy oryginalną animację z 1994 roku. Nic z tych rzeczy. Na dodatek, w odróżnieniu od poprzednich remake’ów animacji Disneya, Król Lew Jona Favreau nie oferuje żadnego uaktualnienia treści oryginału i jest filmem w dużej mierze czołobitnym.

Mimo że film trwa o 29 minut dłużej niż oryginalna animacja, to w fabule i motywacjach postaci nie pojawiły się praktycznie żadne zmiany. Tu i ówdzie przedłużono niektóre sceny, czy to dodając nowe gagi, czy robiąc reklamę specom od efektów specjalnych. Na zasadzie: patrz, potrafimy to zrobić i za pomocą dwuwymiarowej animacji nie osiągnęlibyśmy takiego efektu! Zdecydowanie nie osiągnęliby, ale w takim razie, po co film odtwarza większość ikonicznych kadrów w skali 1 do 1?

the-lion-king-simba-uhdpaper.com-4K-5.jpg

Nie zrozumcie mnie źle: nowy Król Lew wygląda pod względem wizualnym oszałamiająco, ale w tym przypadku największa zaleta filmu, jest zarazem jego największym przekleństwem. Ten styl idealnie sprawdził się w przypadku Księgi dżungli (również wyreżyserowanej przez Jona Favreau), ale Króla Lwa obdziera z całej jego magii. Też dlatego, że z historii nie wyzbyto się tony umowności (bardzo umowny upływ czasu w świecie filmu, jest tym razem tylko jeszcze bardziej widoczny, przez co strasznie kłuje w oczy), a film pod względem wizualnym próbuje być realistyczny niczym produkcje przyrodnicze z National Geographic (które na marginesie, również jest własnością Disneya). Coś tutaj po prostu nie gra, a jeszcze większy dysonans odczuwałem, gdy te realistycznie wyglądające zwierzęta zaczynały śpiewać.

Jak pierwsza najbardziej widoczna zmiana rzuca się od razu w oczy, to druga rzuca się zdecydowanie na uszy. Nie, nie chodzi mi o nowe kompozycje Zimmera, bo najzwyczajniej w świecie po prostu skopiował, to co zrobił 25 lat wcześniej, jak to zresztą ma w zwyczaju (może są jakieś drobne nowinki, ale są one niesłyszalne na pierwszy rzut ucha). Chodzi mi o nowe głosy postaci. Żaden z nowych aktorów nie przebija oryginalnych podkładaczy głosów, a niektórzy są wręcz tragiczni, ale są też tacy, którzy wyszli w miarę obronną ręką. Kto jest w tej pierwszej grupie? Zdecydowanie Beyoncé i Donald Glover. Fani diwy i Childisha Gambino mnie zjedzą, ale ich przemelodramatyzowany śpiew po prostu niepotrzebnie wyrywa widza ze świata filmu i wydaje się zwykłą popisówą, a gdy nie śpiewają, to są najwyżej nijacy. Zresztą, czemu do króćset fur beczek „Can i feel the love TONIGHT” jest śpiewane w dzień?

1554905516403-Screen-Shot-2019-04-10-at-100009-AM.png

Ponarzekałem na nowych aktorów, ale jak wspomniałem, paru można odrobinę pochwalić. Nowi Timon i Pumba wypadają solidnie. Timon przemawia sepleniącym głosem Billy’ego Eichnera (byłem przez cały seans przekonany, że to Kumail Nanjiani podkłada głos i aż szkoda, że nie Disney nie sięgnął po pakistańskiego komika), a Pumba charakterystycznym głosem Setha Rogena. Niech rodzice jednak nie martwią się na zapas: rogenowskiego humoru opartego na żartach genitaliczno-melanżowych, tutaj nie uświadczymy (ja tam żałuję, może by ożywiły ten film). Muszę przyznać, że postacie dzięki dobrej grze głosowej, zachowały swój charakter. Trochę inaczej jest z Zazu, który w interpretacji Johna Olivera, jest postacią zdecydowanie bardziej komiczną niż zarozumiałą, jednak można powiedzieć, że to dobra zmiana, przynajmniej na tle reszty filmu. Reszta aktorów? Do zapomnienia? A przepraszam, James Earl Jones w roli Mufasy, jest znakomity, wręcz wybitny, jednak był już taki w oryginale, a tutaj nie dostał praktycznie niczego nowego do roboty.

Nie mogę powiedzieć, że Disney tym filmem może komukolwiek zniszczyć dzieciństwo, bo mamy takie czasy, że do wspaniałego oryginału można w każdej chwili wrócić (polecam, to dalej wielki film).  Jak już jednak wspomniałem, nowy Król Lew mnie zdenerwował i z pełną odpowiedzialnością stwierdzam, że jest najgorszym remakiem disneyowskich animacji. Zbędnym, nijakim, odtwórczym, a przede wszystkim, po prostu zwyczajnie nudnym. W tym przypadku nostalgia po prostu nie działa i krótko mówiąc: nie płakałem po trójwymiarowym Mufasie.

4 na 10

Król lew

Gatunek: Animacja, przygodowy
Reżyseria: Jon Favreau
Scenariusz: Jeff Nathanson
Obsada: Donald Glover, Beyoncé Knowles, Chiwetel Ejiofor, Seth Rogen, Billy
Eichner, John Oliver, James Earl Jones
Czas trwania: 118 minut
Polska data premiery: 19.07.2019

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Create a website or blog at WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

Create your website at WordPress.com
Rozpocznij
%d blogerów lubi to: